Sunday, January 21, 2007

DRUGI


- Wczoraj mnie oklamalas. Dzisiaj nic nie wytlumaczylas.
- To nie pierwszy i nie ostatni raz. Dlatego mi ufasz, prawda?
- Wcale nie ufam! Tylko czasem zapominam kim naprawde jestes. Czasem mysle, ze jestes... Niewazne. I tak nie mam dzisiaj sily, zeby z toba rozmawiac, a co dopiero sluchac twoich bez sensownych slow. Ufam ci, tylko... Nie wykorzystuj tego!
- Nigdy. – Kwiaty staly w szklanym wazonie na stole. Naczynie stalo tam od zawsze, a rosliny przyniesiono dzisiaj. Wlasciwie chyba byly to mlode, zielone galezie pokryte zoltym kwieciem. Od dzisiaj przez trzy dni beda czescia tego swiata. Do polowy zanuzone w wodzie, stojac w wazonie beda razem z nim sluchac ich rozmow. Rozmow, z ktorych niewiele zrozumieja, jeszcze mniej zapamietaja. Po trzech dniach zostana wyrzucone, szklo bedzie wymyte, woda zmieniona... Wieczorem beda pachniec juz nowe... Tak juz jest od zawsze i nikt nie zwraca na to uwagi. Dopoki stary wazon nie peknie, nikt sie nim nie zainteresuje, mimo ze wie wszystko. Nawet jesli... Na co komu pekniety wazon? Kwiatow w nim nie mozna trzymac. Ozdoba to zadna. Troche go szkoda, bo stal tu od zawsze ale to nic. Wezma nowy, przeciez to tylko naczynie.

Tylko dlaczego ten wazon? Dlaczego te kwiaty sa takie piekne? Dlaczego znow ten pokoj? Zobacza mnie. Uciekaj. Uciekam. Zobaczyli. Biegna i ja biegne. Nie moga mnie zlapac. Boje sie ich, musze uciec. Schodami w dol. Na dole po lewej beda drzwi, potem drugie a jak juz je przejde to bede bezpieczny. Tylko dobiec na dol. Uciekam. Boje sie!!! Jestem juz na trzecim pietrze. A ty co tu robisz? Musimy uciekac. Schodami na dol, na lewo... Strach. Jestes taki sam, straszny! Nie idz za mna! Szybciej. Musze biec szybciej. Moge skakac co dwa, co trzy, co cztery stopnie. Moge przeskakiwac cale pietro. Troche boli. Drugie. Pierwsze. Zaraz mi sie uda. Ostatni skok. Lece. Gdzie sa schody? Nie! Nie chce spadac w przepasc! Zabije sie! Zgine!!! Dno zbliza sie szybko, zgine. Boje sie. Zgine!!!

Dreszcz bolu przeszedl od stop, ktore piersze dotknely ziemi, rozchodzac sie po caly ciele i znikl rownie szybko jak sie pojawil. W tym samym momencie otworzylem oczy. Nienawidze tego. Nienawidze tak spadac. Kiedys na pewno przez to oszaleje. Postanowilem.

Friday, January 12, 2007

ZMIANY


- No chodz sie ze mna pobaw! Skonczylem juz cwiczenia do szkoly i nudzi mi sie strasznie. Zbudujmy wreszcie ten garaz dla naszych samochodow.
- Ja jeszcze nie skonczylem swoich lekcji.
- A kiedy je skonczysz? Chodz, zrobisz je pozniej?
- Nie, daj mi spokoj, nie moge sie skupic.
- Krzysiu...
- Wyjdz, nie rozumiesz!?! Wynos sie stad i zostaw mnie w spokoju! Nie bede sie z toba bawic teraz ani wogole dzisiaj! Spadaj!!! - Dopiero w tym momencie odwrocil swoja glowe, od biurka przy ktorym siedzial, w moja strone i wtedy zobaczylem... Tak wlasnie, wtedy pierwszy raz zobaczylem mojego brata z posiniaczona twarza, lzami w oczach i lekkim tikiem nerwowym lewej brwi. Jakze przykry byl to dla mnie widok, tymbardziej ze nie do konca zdawalem sobie sprawe z tego co sie stalo. Dwoje dzieci, dwoje zagubionych.
- Krzysiek, co sie stalo? Wywrociles sie na wf'ie?
- Tak... Wywrocilem sie na wf'ie, przed polskim...I potknalem sie kilka razy wracajac do domu.
- Idz do mamy.
- Bylem, nie martw sie.
- To dobrze, to ja ci nie bede przeszkadzac. - Zamykajac drzwi jego pokoju zastanawialem sie jak to mozliwe, ze potykajac sie mozna nabic sobie siniaka na twarzy. No i dlaczego Krzysiek dzisiaj wywracal sie tyle razy? Cos mi nie pasowalo do siebie. Male dziecko jeszcze nie wiedzialo jak jest na zewnatrz. Male dziecko jeszcze nie wiedzialo co tam sie dzieje. Male dziecko... Zaczelo swoja droge.

Wlasciwie to nie dlugo zastanawialem sie nad bratem, gdyz zaczalem myslec o ojcu. Dziwilo mnie, ze poprzedniej nocy nie wrocil do domu. Pewnie mial cos waznego w pracy. Mama nic nam nie mowila, wiec pewnie wszystko dobrze. Nad ta kwestia tez nie myslalem zbyt dlugo, bo w koncu zabralem sie za budowe garazu. Mialem dwa rodzaje klockow, zastanawialem sie ktore wybrac.

Zaskakuje mnie rzecz jaka jest pamiec. Gdyby sie mnie ktos zapytal, powiedzialbym ze mam problem z zapamietywaniem odleglych zdarzen. Na szybko nie potrafie sobie niczego przypomniec sprzed dwoch, czterech, osmio lat. Jednak stojac tu, igrajac z losem, przypominam sobie momenty, chwile, uczucia, ba! Mysli nawet moje wlasne! Chociaz najczesciej sa to rzeczy widziane, przezyte pierwszy raz, zostawiajace najmocniejsze wrazenia. Bo ile razy ojca potem nie bylo w domu, a Krzyska zszywali w szpitalu? Tego nie pamietam. Ile chwil ucieklo w zapomnienie? Chwile w niebie zostawily ledwie widoczny slad tak samo jak te w piekle. Chcialem pamietac, zapomnialem.

Zaskakuje mnie rzecz jaka jest pamiec. Gdyby sie mnie ktos zapytal, powiedzialbym, ze nigdy nie mialem problemu z zapamietaniem czegokolwiek. Wzory matematyczne, fizyczne, chemiczne... Wszystkie ukladaly sie w mojej glowie szybko i poprawnie, a wersy wyuczonych wierszy moglbym recytowac, chocby teraz. Raz wybrany pin czy dwa razy wykrecony telefon moglem wydobyc z dna pamieci nawet po bardzo dlugim czasie. Hasla, loginy, adresy, ulice... Wszystko to zostawalo, niczym zapisane w skoroszycie.

Zaskakuje mnie rzecz jaka jest pamiec. Gdyby sie mnie ktos zapytal... Ale nie pamietam by ktokolwiek to zrobil. Wrecz przeciwnie. Pamietam, ze nikt nigdy nie zadawal duzo pytan.

Sunday, January 7, 2007

TO CZEGO JUZ NIE MA


- Musze Pani powiedziec, ze z Pani synami to nie ma najmniejszych klopotow! Wrecz przeciwinie. Krzysiek wyprzedza wszystkich w klasie jezeli chodzi o matematyke, niedlugo bedzie mogl zaczac podrecznik na nastepny rok. Z innym przedmiotami wcale nie radzi sobie gorzej. Maciek natomiast nie ma juz zadnych problemow z czytaniem, a literki kladzie rowne mam nadzieje, ze pojdzie w slady brata. Wszyscy na to liczymy.
- Och, tak sie ciesze to slyszac, w domu te dzieci sa jak male aniolki. Staramy sie z mezem jak najbardziej, zeby niczego im nie brakowalo i mialy duzo czasu na nauke. Ciesze sie, ze rosna takie madre; Jezeli nie bedzie miala Pani nic przeciwko to pojde juz. Tutaj sa pieniadze na czesne, za obydwu na kolejne pol roku. Gdyby cokolwiek Pani ode mnie chciala... Zapisala Pani moj numer?
- Tak zapisalam, mysle jednak ze nie bede musiala nigdy go wykrecac. Prosze zlozyc ode mnie Mackowi najlepsze zyczenia urodzinowe, szkoda ze zachorowal. Dzieci przygotowaly dla Niego prezent, prosze.
- Dziekuje, to bardzo mile, maly na pewno sie ucieszy. Do widzenia!
- Do widzenia! – Przypuszczam, ze ten dialog wlasnie tak wygladal, chociaz matka nigdy nie spowiadala sie z takich rzeczy, to jednak znalem ja dobrze i czasem rozumialem z jej slow wiecej niz by chciala. Nie wiem czemu pamietam te urodziny, moze dlatego, ze matka przyszla taka zadowolona ze spotkania w szkole, moze dlatego, ze mialem grype, a moze przez prezent od Krzyska? Od rodzicow w podarunkach z reguly dostawalem to co chcialem, a od niego zawsze cos pozytecznego, co nie zawsze mi sie podobalo ale predzej czy pozniej sie przydawalo.

- To twoje pierwsze urodziny jako uczen prawdziwej szkoly, nalezy ci sie zatem uczniowski prezent! – Powiedzial moj brat, mlody geniusz ale wciaz moj brat. Gdy bylismy mali zawsze go podziwialem, wiedzial wszystko i znal odpowiedz na kazde pytanie z naszego dzieciecego swiata. Chociaz uwazalem, ze za duzo czytal ksiazek i zbyt czesto ogladal te filmy dla doroslych po bajce na dobranoc. Jednakze wtedy wreczyl mi maly, ladnie zapakowany prezent urodzinowy. Chciwie rozwerwalem papier spodziewajac sie pudelka czterometrowej gumy do zucia, ktora widzialem w sklepie lub nowe swiecace jo-jo, przez ktore nie moglem spac w zeszlym tygodniu. Jakiez bylo moje zdziwienie gdy zobaczylem podluzne pudelko z jasnego, lakierowanego drewna. Teraz nie bylo mowy juz o jo-jo. Otwierajac je z nadzieja na gume, zobaczylem starannie wykonane, pozlacane wieczne pioro.
- Krzysiu.... Dziekuje Ci... Ale co moge tym zrobic? – Bez jakiego kolwiek znaku irytacji ze strony brata zostalem dokladnie poinstuowany „co moge z tym zrobic” i jak. Niemniej jednak dziecko z pierwszej klasy szkoly podstawowej nie moglo docenic takiego prezentu, wiec zostawiajac pudeleczko na stole zabralem sie za ciekawsze rzeczy. Jakie? Nie pamietam. Po kilku latach lezakowania na polce zaczalem uzywac tego piora, by ostatecznie wpasc w maniere pisac nim wyjatkowe dla mnie listy. Aczkolwiek pisze nim strasznie krzywo. Och bracie... Byles wspanialy! Na Tobie moglem polegac. Ty...Byles. Ciekawe czy tamten list tez pisales takim specjalnym „piorkiem”? Literki byly cienkie i krzywe...

Przez pierwsze lata w szkole gonilem za reputacja brata. Bylo to z gola nie mozliwe. On byl stu procentowym mlodym geniuszem dla ktorego nie bylo zadania nie do rozwiazania. Uczyl sie chetnie ale chyba tak naprawde wszystko samo wskakiwalo mu do glowy i wszystko szlo latwo. Ja bylem inny, bylem poprostu dobry. Rodzice dbali bym wystarczajaco dlugo szlifowal w domu to co sprawialo mi trudnosci. Jednak z wiekszoscia sobie radzilem sam.

Cieplo, milo i spokojnie. Tymi trzema slowami opisal bym tamten czas. Nie byl by to opis dlugi, gdyz o rzeczach dobrych z reguly nie mozna dlugo opowiadac bez znudzenia sluchaczy. Zreszta sam pamietam tylko niektore momenty, reszta odeszla w zapomnienie. Dzisiaj czuje sie tak jak bym nigdy tego nie poznal, a jednak jest tam gdzies na dnie, zagrzebane „mocniejszymi” uczuciami – uczucie ciepla, milosci i spokoju. To wazne.

Monday, January 1, 2007

BEZ WYJSCIA



W szkole, tak jak w calym zyciu ludzi, uczniow mozna bylo podzielic na kilka grup. Na pierwszym miejscu zawsze byly te genialne dzieciaki, z dobrych rodzin, ktorym rodzice poswiecali tyle samo czasu albo i wiecej jak swoim perfekcyjnym ogrodkom, przy perfekcyjnych domkach. Rzeczywiscie, w szkole szlo im dobrze albo dlatego, ze urodzily sie inteligente albo takie sie stawaly poprzez uczeszczanie na poza szkolne, platne korepetycje. W ich cieniu zyly tak zwane przecietniaki, nie mniej inteligente tylko... Ich rodzice pewnie nie mieli za duzo czasu i pieniedzy, ktore mogliby im poswiecic. Nauczyciele czasem mylili ich imiona z innymi, a czasem wogole zapominali na rzecz slowa „kolego” , „kolezanko”. Ale wlasciwie to nikt sie nie za bardzo przejmowal ludzmi, ktorych nie bylo widac. Trzecia grupa byli uczniowie stwarzajacy „problemy”, ktorym uwage poswiecano z nieprzyjemnego obowiazku. „Wredne gnojki” to jeden z ich synonimow. Niekotrzy uczyli sie dobrze, inni poprostu nie mogli. To zreszta bez znaczenia, wyrok czekal na nich juz z gory ustalony.

A gdzie ja bylem? Chcialbym zostac w tej pierwszej i zyc tak jak oni, w przyszlosci objac jedno z urzedniczych stanowisk, nie zadawac duzo pytan i nie zastanawiac sie dlaczego. Moze nawet zostalbym premierem lub jakas inna wazna persona, moze? Niestety najczesciej to nie my wybieramy, a jedynie przyjmojemy godnie lub nie to co daje nam zycie. Dlatego mlody geniusz stal sie niewidzialny by po jakims czasie wyskoczyc z sila niszczacego gromu. Czy bylo to ciekawe? Napewno. Przyjemne? Nie zawsze mi sie podobalo. Pierwsza klasa...